W rękach oprawców

Zostałem [...] wsadzony do samochodu, w którym jeden z funkcjonariuszy [UB] groził mi, abym siedział cicho. Przewinął mi się wówczas przed oczami cały szereg cierpień, jakie miałem przejść i dlatego za wszelką cenę postanowiłem się wydostać.

Zostałem [...] wsadzony do samochodu, w którym jeden z funkcjonariuszy [UB] groził mi, abym siedział cicho. Przewinął mi się wówczas przed oczami cały szereg cierpień, jakie miałem przejść i dlatego za wszelką cenę postanowiłem się wydostać.

Inkwizycja

Zarówno stalinowskie śledztwo, jak i przewód sądowy miały charakter wybitnie inkwizycyjny, dotkliwy więc dla osób wyczulonych na wszelkie zarzuty o charakterze etycznym, z sugestią „moralnego zgorszenia”. To, co bawić mogło osoby świeckie, przyjmowane było nieraz z powagą przez duchownych. Swe doświadczenia sowieckie wspominał Stanisław Swianiewicz: „Perswazja śledczego „przyjmowała nieraz charakter operetkowy; na przykład gdy sędzia śledczy zaczynał rozczulać się nad moim upadkiem moralnym i mówił: "Powiedz wszystko, co wiesz, oczyść swoje sumienie, a zobaczysz, lżej ci będzie na sercuŤ. Od swoich współlokatorów w celi wiedziałem, że to odwoływanie się do oczyszczenia sumienia było standardowym chwytem sowieckiego śledztwa, który również u wielu więźniów rosyjskich wzbudzał śmiech; chociaż zapewne dla wielu innych stwarzał psychiczną atmosferę do "przyznawania się”.
Zarówno stalinowskie śledztwo, jak i przewód sądowy miały charakter wybitnie inkwizycyjny, dotkliwy więc dla osób wyczulonych na wszelkie zarzuty o charakterze etycznym, z sugestią „moralnego zgorszenia”. To, co bawić mogło osoby świeckie, przyjmowane było nieraz z powagą przez duchownych. Swe doświadczenia sowieckie wspominał Stanisław Swianiewicz: „Perswazja śledczego „przyjmowała nieraz charakter operetkowy; na przykład gdy sędzia śledczy zaczynał rozczulać się nad moim upadkiem moralnym i mówił: ťPowiedz wszystko, co wiesz, oczyść swoje sumienie, a zobaczysz, lżej ci będzie na sercu”. Od swoich współlokatorów w celi wiedziałem, że to odwoływanie się do oczyszczenia sumienia było standardowym chwytem sowieckiego śledztwa, który również u wielu więźniów rosyjskich wzbudzał śmiech; chociaż zapewne dla wielu innych stwarzał psychiczną atmosferę do ”przyznawania się”.

Odpowiedzialność zbiorowa

Duchowni zmuszeni byli także, najczęściej w sposób dosłowny, odpowiadać indywidualnie za wszystkie zbiorowe „winy” Kościoła. Pośród śledczych znajdował się bowiem duży odsetek polskich oraz sowieckich Żydów, zaś wśród strażników – komunistów z Polonii francuskiej, często nieznających nawet języka polskiego. Pośród samych Polaków był natomiast spory odsetek osób bez żadnego wykształcenia, prosto ze wsi, z ówczesnych społecznych nizin. We wszystkich tych grupach istniały mniejsze lub większe resentymenty (religijne, społeczne, narodowe), spotęgowane wyrwaniem z naturalnego środowiska, wyobcowaniem i wykorzenieniem duchowym.
Jedno z przesłuchań na warszawskim Mokotowie ks. Józef Zator-Przytocki wspominał następująco: „Po przerwie, gdy [śledczy] mnie wezwał, zaczął się popisywać znajomością historii Kościoła. [...] Poświęcił więc cały dzień śledztwa popisywaniu się swoimi wiadomościami. Nie mogąc dosięgnąć żadnej ze zmarłych postaci, nienawiść do nich wyładowywał na mojej skórze. Rozpoczął od św. Stanisława Szczepanowskiego, poprzez kardynała Oleśnickiego, Skargę, św. Andrzeja Bobolę, Skorupkę, papieży: Piusa Piętno pochodzenia IX, XI i XII, kard. Hlonda i Sapiehę, którego określił mianem większego szpiega niż Hlond”.

Piętno pochodzenia

Istotny wyróżnik sytuacji więzionych duchownych, in minus, to ich status społeczny. Ksiądz, obdarzony w swoim środowisku, zwłaszcza wiejskim, tradycyjnie wysokim autorytetem, nie wytrzymywał, zdarzało się, gwałtownej zmiany warunków otoczenia i otaczającej go atmosfery. Z wysokiego szczebla drabiny społecznej spadał do pozycji pariasa, pozbawionego częstokroć elementarnych praw ludzkich.
„Księży na spacerze nietrudno było rozpoznać – spodnie zawsze mieli krótkie, najczęściej do łydek. Wystawały gołe nogi lub kalesony. Spodnie najczęściej się nie dopinały i zawiązane były kawałkami sznurka: od guzika do dziurki w spodniach. Marynarki najczęściej również nie dopinały się. Rękawy do łokci. Robili z nich pośmiewisko na całe więzienie” – wspominał Bogumił Studziński.

Ofiary gwałtu

W końcu traciły te „okoliczności uwięzienia” znaczenie, gdy przychodziło zmierzyć się z brutalną nagą siłą. Gdy przychodziła śmierć. Ks. Józef Fudali zeznawał jako świadek na „procesie kurii krakowskiej”, mówił niewyraźnie, bo w śledztwie oprawcy wybili mu zęby. Jako jedyny z duchownych odwołał zeznania, więc sędzia zwrócił mu uwagę, że przed śledczymi przyznał się do winy. Ksiądz począł strasznie krzyczeć, że bili go żelaznym prętem po głowie, kopali, miażdżyli przyrodzenie. W śledztwie stracił zupełnie zdrowie i posiwiał. Dostał trzynaście lat więzienia. Zmarł półtora roku później. Ks. Piotr Oborski z diecezji kieleckiej otrzymał dożywocie. Podczas rozprawy, gdy sędzia zapytał, czy przyznaje się do winy, odpowiedział: „Nie przyznaję się, na co dowodem jest moje ciało”, po czym zdjął część ubrania i pokazał obrażenia, jakie powstały w wyniku tortur.
„Osadzono go – pisał ks. Przytocki – na Montelupich w Krakowie. Przez sześć miesięcy był trzymany w norze bez okien, pod schodami, przez którą przechodziły nieszczelne rury kanalizacyjne. Wilgoć zalewała ściany i posadzkę. Jedynymi towarzyszami jego niedoli były szczury. Ta gnojownia miała ks. Oborskiego skruszyć [...]”.

Jacek Żurek
ks. Jerzy Myszor


Główna





stat4u